Osiedlowa piaskownica. Żar z nieba się leje, kilkoro maluchów buduje zamki, klepie babki, kopie dołki przy pomocy rąk, łopatek i koparki. Między dzielnych budowniczych, niczym czołg, wciska się Wódz Troskliwa Babcia uzbrojona w banana, soczek i biała flagę. Stara, sprawdzona na wielu wojennych ścieżkach strategia "odwrócić uwagę i cichaczem zajść wroga od tyłu". Biała flaga zrobiona z serwetki, ale to dla zmyłki - Babcia się nie poddaje, przeciwnie, jej zaangażowanie i morale wzrasta z każdą kolejną próbą ucieczki podjętą przez wroga..., e... przez wnuka miało być. Trzylatek zwinnym jest niemal z zasady. W końcu, po dłuższym tańcu rytualnym odpracowanym rzetelnie przez Wodza, przyswoił sporego banana, dwa ciasteczka i popił to soczkiem marchewkowym, bo witaminki trzeba jeść i pić. Od połowy banana objadał całą rodzinę, bo jadł za babcię, za dziadka, za mamusię, za wujka Bartka i za kotka. Kiedyś będzie miał traumę, że rodzina przez niego nie dojadała. Tym razem przegrał tę nierówną walkę ale wreszcie będzie miał trochę spokoju żeby pobawić się żółtą koparką - myślę. "Trochę" nie jest pojęciem precyzyjnym, więc dokładnie nie wiem ile czasu minęło. Jakieś pół godziny maks. Wtedy Wódz Troskliwa Babcia wyjęła całkiem gustowne plastikowe pudełeczko, z bardzo sprytnie zamocowanym widelcem, wszystko w smutnym kolorze blue. Nie wszystko, flaga papierowej chusteczki była biała, jak już wiadomo - dla zmyłki.
Kolor blue może być smutny i wesoły (jak balonik ;)), ale to tak na marginesie.
W pudełeczku jabłuszka, mandarynki i malinki. Taniec wojenny zaczyna się od nowa, zamiast tomahawka - widelec. Zasadzka i zajście od tyłu znowu się udało ale wódz Troskliwa Babcia wyraźnie już jest zmęczona, czerwone ubarwienie twarzy uległo zintensyfikowaniu.
Pod zroszonym potem czołem zalęgły się jednak jakoweś wątpliwości, co do uczciwości tej wojny, albowiem Wódz zaczęła się tłumaczyć: "On proszę pani nic nie je, no sił już nie mam, ile ja się z nim namęczę to jeden Pan Bóg wie. Jakbym nie przypilnowała to nic by nie jadł! A przecież musi coś jeść, najlepsze banany mu kupuję i szyneczkę po pięćdziesiąt złotych, zupkę na cielęcince, a on by tylko pluł i uciekał, skaranie boskie"
- Może nie jest głodny, przed chwilą przecież...
"Jak nie głodny, jak nie głodny?! Pani jak ja bym czekała aż on będzie głodny to by z głodu umarł. On nigdy nie jest głodny, nic nie chce jeść, to dziecko nie odczuwa głodu chyba wcale"
I tu się z Wodzem zgadzam w całej rozciągłości. On nigdy nie jest głodny.
Ilość przekąsek, bananków, jabłuszek, soczków, ciasteczek, drożdżówek, chrupek itd... którą musi tygodniowo pochłonąć trzyletni operator koparki, wyklucza go z grona głodnych dzieci na czas nieokreślony. Podejrzewam podobny taniec podczas obiadów, bo przecież Wódz pilnuje do utraty sił, żeby biedaczek zagłodzony przed cielęcinką nie zwiał.
Sama mówiła przecież.
Wyobraźnia podsuwa mi taki sen - goni mnie cielęcina rzucając we mnie bananami. Kurczę, może koszmarne sny dzieci to nie jest faza rozwojowa?
Babcie, mamy, ciocie i wszelcy inni wodzowie - pozwólcie Waszym dzieciom, wnukom, podopiecznym zgłodnieć. Pozwólcie im odczuć głód tak jak pozwalacie odczuwać sytość. To są antagonizmy jak chłód i ciepło, jak mokre i suche, jak duże i małe. Jedno warunkuje drugie.
Jedzenie może być przyjemne tylko wtedy jeśli wynika z potrzeby. Nie ma obawy, dziecko się nie zagłodzi. Nie jest porzuconym podrzutkiem na pustyni. Jest pod Waszą opieką, w domu gdzie jedzenia nie brakuje. Wyluzujcie, nie walczcie, nie zastawiajcie sideł. Pozwólcie normalnie żyć, zgodnie z ludzkim rytmem, niech mózg ma szansę odebrać od żołądka jasny sygnał - teraz chcę jeść! Howgh! ;)

Od razu przypominają mi się takie powiedzonka: "mięso zjedz, ziemniaki zostaw", "jedz, bo nie urośniesz", "jedz, bo dzieci w Afryce głodują", "nie wstaniesz od stołu, jak nie zjesz", "zjesz, to możesz się iść bawić", "tyle przy garach stałam, masz zjeść" itd... strasznie stresujące to jedzonko czasem... :D
OdpowiedzUsuńTo prawda. Pamiętam sytuację sprzed wielu lat, moja wówczas może dziesięcioletnie córka, podczas posiłku w restauracji zostawiła na talerzu część jedzenia. Jeden z gości (obcy facet), siedzący obok przytoczył argument o głodujących dzieci z Etiopii. Moje rezolutne dziecko zaproponowało, żeby może w takim razie pan to do Etiopii wysłał. Nieco zbiła mnie z tropu tą odzywką ale po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że właściwie miała rację. I już wiedziałam, że wyrośnie na kobietę, która wie czego chce a czego nie chce i potrafi się w życiu obronić.
Usuń