czwartek, 26 września 2019

Piramidalne błędy czyli słów kilka o zaburzeniu hierarchii potrzeb i braku wyobraźni.

Telefon od zaprzyjaźnionej mamy - "Monia, już nie mam siły, nie wiem co robić, życie mnie przerasta. Wczoraj byliśmy w IKEI, masakra. Zosia zaryczana, Jędrek wkurzony, wydarł się i klepnął Zośkę w tyłek, chociaż przysięgaliśmy sobie nigdy nie uderzyć dziecka, ja wydarłam się na Jędrka, Zośka w tym momencie ugryzła mnie w rękę. Miałam ochotę po prostu stamtąd uciec. Nie daję rady, nie nadaję się na matkę. Do niczego się nie nadaję. Jędrek też chyba nie powinien być ojcem. Do dupy to wszystko."

- Powoli, opowiadaj co się w tej IKEI wydarzyło.  Znam Zosię, to naprawdę spokojne, radosne dziecko, coś musiało się wydarzyć. Może jakaś infekcja się jej zaczyna i źle się czuła? Trzylatka nie zawsze powie co jej się dzieje, bo sama nie wie. Ja czasem nie wiem, a co dopiero taka Zosia malutka.
- Jaka infekcja, zdrowa jak szprotka, a energii ma tyle, że mogłaby w kopalni fedrować!
-  Może jej się siku chciało, albo pić? Drążę.

Zaprzyjaźniona Mama opowiada, przerywając co jakiś czas słowotok uwagami na temat swojej i małżonka przydatności jako rodziców, oraz opiniami na temat fatalnego wychowania Zosi.
Miłosiernie opuszczę te akurat fragmenty związane z samobiczowaniem, oraz powstrzymam się od komentarza na temat radosnego, rodzinnego spędzania niedzieli na łonie marketu bardzowielkopowierzchniowego.

" W sobotę pojechaliśmy do IKEI, wiesz, w końcu kiedyś musieliśmy uzupełnić zastawę, kupić małej większą kołdrę i w ogóle kupić parę innych rzeczy.
Najpierw, już w samochodzie, pierwszy problem - Zośka chce siku a my na obwodnicy, zero zjazdu. Mówię sikaj w pieluchę, bo wiesz, wiedziałam, że może tak być i założyłam jej pieluchę na wszelki wypadek, o widzisz już tutaj był cyrk bo się darła, że nie chce pieluchy bo jest już duża. Jakoś jej tę pieluchę ubrałam w końcu, ale za cholerę się nie chciała do niej wysikać i darła się aż do stacji benzynowej. Jędrek też się już zaczynał drzeć, a ja miotałam się pomiędzy nimi. Pieluchę wywaliłam na tej stacji. I tak nic z niej. W dodatku w łazience zostawiliśmy lalusię, przypomniała sobie o niej pięć minut później jak byliśmy już w drodze i nie było jak zawrócić nawet, wiesz, dwupasmówka, do najbliższego zjazdu kilometry jakieś. No masakra. Na szczęście jakoś ją zagadałam, obiecałam, że zabierzemy lalusię w drodze powrotnej. Nie mam pojęcia co mi do łba strzeliło, przecież ta stacja była po drugiej stronie, znaczy w drodze powrotnej. Dobrze, ze przespała, nie było wrzasku, to znaczy był, ale dopiero wieczorem, nieważne, ja nie o tym. Dojechaliśmy. Parkowanie trwało z dziesięć minut ale w końcu  udało się znaleźć miejsce. Ciasno było, jak ją wyciągałam, to niechcący jej guza nabiłam. Znowu ryk. Mały guz, zaczerwienienie nawet tylko, ale ryk jakbym jej młotkiem w głowę przyłożyła. Nie chciałam przecież.
Potem chwila spokoju ale niedługa. Zośka ciągnie do pojemnika z kulkami, no to z nią poleciałam, ale nie mogłam przecież cały dzień siedzieć w tych kulkach, po zakupy przyjechałam, a nie na plac zabaw. Wyciągnęłam ją w końcu z tych kulek, w międzyczasie Jędrek wypatrzył na stoisku z porcelaną talerze, o które nam chodziło. Trochę zamieszania było, bo pani gdzieś dzwoniła, chodziła ale udało nam się skompletować braki. Jak debile nie wzięliśmy torby zakupowej, ani wózka, więc poszłam szukać tego wózka, bo talerze ciężkie, a w dodatku Zosia między tymi regałami z porcelaną stanowiła zagrożenie. Znowu się zgubiliśmy, bo już chwilę przedtem też, ale tym razem gorzej, bo wszyscy. To znaczy Jędrek zgubił Zośkę a ja poszłam po wózek i potem nie znalazłam ich przy talerzach. Znalazł ją za chwilę, po ryku rozpoznał kierunek i tam pognał. Stała między regałami z kocami i się darła. Potem chciałam ją wsadzić do wózka ale zaczęła się rzucać po ziemi, że nie chce do wózka, że chce do kulek. Ludzie patrzyli na nas jak na małpy w cyrku, znasz Jędrka, wkurz go już konkretny złapał.
Zrezygnowaliśmy z dalszego kupowania, nie wiem kiedy zrobiła się trzynasta, uświadomiłam sobie, że Zośka pewno jest głodna. Z tego wszystkiego przeoczyliśmy drugie śniadanie. Miałam twarożek z bananem w pojemniku ale jak odstawiała ten cyrk w samochodzie, to nie miałam głowy do karmienia a potem jedenasta minęła i tyle. Ale nie mówiła, że chce jeść. Wypiła trochę wody potem, ale po pierwsze mało, a po drugie energii z tej wody za wiele nie było. Poszliśmy do restauracji, zawsze lubiła tam chodzić, ale nie. Teraz oczywiście nie! Teraz wieszała się bezwładnie uczepiona mojej ręki i zapierała się jak jakiś osioł. Nie wiem co w to dziecko wstąpiło. Fakt, kolejka do lady z żarciem była potężna, chyba pół Krakowa na sobotni obiad do IKEI wpadło, ale przecież szybko szło. Za pięć minut byliśmy obsłużeni. Jędrek zajął stolik i zabrał Zośkę, nawet jakoś ją uspokoił. Przyniosłam jedzenie do stolika i znowu się zaczęło, w końcu gdy opluła szpinakiem ojca dostała klapsa. Chciałam ją wziąć na ręce, to mnie ugryzła. Wyszliśmy stamtąd wściekli, głodni, ze szczątkowymi zakupami i zaryczanym dzieckiem. W samochodzie zasnęła i posikała fotelik. Nie wiem co się z tym dzieckiem dzieje, nie mam sił. Nigdy więcej!"

Piramidalne zaniedbanie potrzeb dziecka. Podstawowych potrzeb. To nie Zośka się zmieniła, to wyście zmienili jej cały świat w pół dnia.
Po pierwsze - najpierw chwalicie jaka to mądra, duża dziewczynka, sama chodzi do toalety, nie nosi już pieluszki jak jakiś dzidziuś, tak było, sama słyszałam. A potem wciskacie ją w pieluchę. Degradacja i gwałt na emocjach. To na dzień dobry.
Po drugie - wybieracie się w długą trasę obwodnicą gdzie ani toalety, ani odpoczynku dla uwięzionego pasami ciała - porównaj jak jesteś zapięta ty, a jak dziecko. Wyobraź sobie, że bardzo chce ci się siku a przed Tobą dwieście kilometrów bez szans na postój. Że za dużo? Nie było dwieście? Może sześćdziesiąt najwyżej? Pojemność pęcherza masz większą, herbatki do śniadania wypiłaś tyle samo. Może pieluchę sobie załóż?
Po trzecie - w przedszkolu Zośka je o stałej porze.  Jej układ pokarmowy współpracując z mózgiem potrzebuje jedzenia o jedenastej. Jak go nie dostanie to zaczyna odczuwać brak - energii, wody, witamin, mikroelementów - jak dalej nie dostanie - manifestuje zniecierpliwieniem złością, frustracją - to jest poza jej kontrolą. Tak samo jak poza twoją i moją kontrolą. Jak jesteś głodna, zmęczona, chce ci się pić - nie myślisz sprawnie, ani nawet racjonalnie.
Po czwarte - ilość bodźców, które dosłownie bombardują Zośkę jest powalająca - ilość przedmiotów, kolorów, hałasu, ludzi, zapachów. Wszystko z poziomu około metra, dużo niżej niż twój. Wyobraź sobie, że stoisz w tłumie olbrzymów, sięgasz im gdzieś do bioder w najlepszym wypadku. Widzisz głównie spodnie, buty... Wloką cie gdzieś gdzie ty nie chcesz, nawet nie wiesz gdzie. Widziałaś, że tam dalej jest coś co znasz, co lubisz, co jest dla ciebie - kulki dla Zośki - ale gdzie tam, wloką cię do jakiś nudnych półek z .. tu sobie wpisz coś co kompletnie cię nie interesuje - książki o tematyce stolarskiej albo zestawy rur kanalizacyjnych. Fascynująca przygoda.
Po piąte - chce ci się pić, jeść i spać. Właściwie nawet nie wiesz już czego chcesz, tyle tego jest. Jesteś zmęczona, bolą cie nogi i ręka, którą cały czas musisz trzymać w górze. Próbujesz się oswobodzić, szarpią cię, krzyczą. Mówią, że się źle zachowujesz, że jesteś niegrzeczna. W końcu wykorzystujesz chwilę nieuwagi, oswabadzasz obolałą rękę z uścisku. Ulga.
 Zapatrzyłaś się na chłopczyka z balonikiem albo na miśka na półce. Może nawet na błyszczący garnek. No teraz to już całkiem tragedia - zgubiłaś się, nie ma mamy, nie ma taty, nie ma nikogo znajomego. Nic nie widzisz, tylko przesuwający się tłum i rzędy regałów. Płaczesz ze strachu, może w nadziei, że cię usłyszą i znajdą. A może cię tu zostawili bo taka niegrzeczna byłaś? Cały czas to mówili i krzyczeli! Nie wiesz ile czasu minęło, chyba dużo, nie tylko nie masz pojęcia ile trwa godzina, a ile kwadrans. Tak czy owak - bardzo długo.
Jest, jest tata! Ulga. Znowu krzyczy, na dwie minuty nie można cię spuścić z oka! Trudno, ważne, że jest. Jak to ja się zgubiłam? Dziwisz się. Ja tylko patrzyłam na balonik... Tata się mi zgubił.
Jest mi źle, chcę do domu - już tylko to wiesz.
Zapach jedzenia. Drażni. Kolejka. Mama mówi, że pięć minut tylko. Ile to jest pięć minut? Na dwie minuty z oka..? Za długo, chcesz do domu!!!
Szpinak smakuje zupełnie inaczej niż w przedszkolu, piecze w język, plujesz. Poza tym jest gorący. Dostajesz klapsa. Wszyscy krzyczą, wyciągają cię zza stołu, krzyk, hałas, ludzie, ludzie, krzyk, hałas.
 Nogi, nogi, nogi. Mama bierze cię na ręce, chciałaś jeszcze się napić soczku, mama chowa soczek do torebki, nikt cię nie słucha! Gryziesz mamę w rękę, właściwie jakoś tak samo się stało, mama krzyczy, tata krzyczy! Wychodzicie. Jeszcze kolejka do kasy, ale to już tata został, mama cię wyniosła.
 Świat jest jasny, ciepły, słońce świeci.Cisza.  Mama zapina cię w foteliku. Już ci wszystko jedno. Do domu. Silnik pracuje, za oknem szare szare, szare, tata mówi, że ekrany ale jakie to ekrany, bajki nie ma. Lalusi nie ma. Zasypiasz. Śni ci się twój pokój, twoja książeczka, twoja lalusia, twoja miseczka, twoje krzesełko, twoje łóżeczko, twoja ubikacja, do której siusiają duże dziewczynki...

Przypomnijcie sobie  piramidę potrzeb Maslowa, przeanalizujcie, uruchomcie wyobraźnię. Oboje.
Kilka ważnych rzeczy sama powiedziałaś - do dupy to wszystko, zakupy to nie plac zabaw, jak debile nie wzięliśmy wózka, Zośka jest głodna, przeoczyliśmy drugie śniadanie, wyszliśmy wściekli, głodni, nie mam sił, nigdy więcej! NIGDY WIĘCEJ wydaje się być kluczowe.
Co w WAS wstąpiło Rodzice Kochani? Wstąpił w Was brak wyobraźni - po prostu. Mam nadzieję, że przejściowy. Chwilą zaledwie owo zaćmienie było. Zośka też ma nadzieję ;)

środa, 11 września 2019

On proszę pani nic nie je - czuła struna drgnie i rozpoczną się indiańskie tańce

Osiedlowa piaskownica. Żar z nieba się leje, kilkoro maluchów buduje zamki, klepie babki, kopie dołki przy pomocy rąk, łopatek i koparki. Między dzielnych budowniczych, niczym czołg, wciska się Wódz Troskliwa Babcia uzbrojona w banana, soczek i biała flagę. Stara, sprawdzona na wielu wojennych ścieżkach strategia "odwrócić uwagę i cichaczem zajść wroga od tyłu". Biała flaga zrobiona z serwetki, ale to dla zmyłki -  Babcia się nie poddaje, przeciwnie, jej zaangażowanie i morale wzrasta z każdą kolejną próbą ucieczki podjętą przez wroga..., e... przez wnuka miało być. Trzylatek zwinnym jest niemal z zasady. W końcu, po dłuższym tańcu rytualnym odpracowanym rzetelnie przez Wodza, przyswoił sporego banana, dwa ciasteczka i popił to soczkiem marchewkowym, bo witaminki trzeba jeść i pić. Od połowy banana  objadał całą rodzinę, bo jadł za babcię, za dziadka, za mamusię, za wujka Bartka i za kotka. Kiedyś będzie miał traumę, że rodzina przez niego nie dojadała. Tym razem przegrał tę nierówną walkę ale wreszcie będzie miał trochę spokoju żeby pobawić się żółtą koparką - myślę. "Trochę" nie jest pojęciem precyzyjnym, więc dokładnie nie wiem ile czasu minęło. Jakieś pół godziny maks. Wtedy Wódz Troskliwa Babcia wyjęła całkiem gustowne plastikowe pudełeczko, z bardzo sprytnie zamocowanym widelcem, wszystko w smutnym kolorze blue. Nie wszystko, flaga papierowej chusteczki była biała, jak już wiadomo - dla zmyłki.
Kolor blue może być smutny i wesoły (jak balonik ;)), ale to tak na marginesie.
W pudełeczku jabłuszka, mandarynki i malinki. Taniec wojenny zaczyna się od nowa, zamiast tomahawka - widelec. Zasadzka i zajście od tyłu znowu się udało ale wódz Troskliwa Babcia wyraźnie już jest zmęczona, czerwone ubarwienie  twarzy uległo zintensyfikowaniu.
Pod zroszonym potem czołem zalęgły się jednak jakoweś wątpliwości, co do uczciwości tej wojny, albowiem Wódz zaczęła się tłumaczyć: "On proszę pani nic nie je, no sił już nie mam, ile ja się z nim namęczę to jeden Pan Bóg wie. Jakbym nie przypilnowała to nic by nie jadł! A przecież musi coś jeść, najlepsze banany mu kupuję i szyneczkę po pięćdziesiąt złotych, zupkę na cielęcince, a on by tylko pluł i uciekał, skaranie boskie"
- Może nie jest głodny, przed chwilą przecież...
"Jak nie głodny, jak nie głodny?! Pani jak ja bym czekała aż on będzie głodny to by z głodu umarł. On nigdy nie jest głodny, nic nie chce jeść, to dziecko nie odczuwa głodu chyba wcale"

I tu się z Wodzem zgadzam w całej rozciągłości. On nigdy nie jest głodny.

Ilość przekąsek, bananków, jabłuszek, soczków, ciasteczek, drożdżówek, chrupek itd... którą musi tygodniowo pochłonąć trzyletni operator koparki, wyklucza go z grona głodnych dzieci na czas nieokreślony. Podejrzewam podobny taniec podczas obiadów, bo przecież Wódz pilnuje do utraty sił, żeby biedaczek zagłodzony przed cielęcinką nie zwiał.
 Sama mówiła przecież.
Wyobraźnia podsuwa mi taki sen - goni mnie cielęcina rzucając we mnie bananami. Kurczę, może koszmarne sny dzieci to nie jest faza rozwojowa?

Babcie, mamy, ciocie i wszelcy inni wodzowie - pozwólcie Waszym dzieciom, wnukom, podopiecznym zgłodnieć. Pozwólcie im odczuć głód tak jak pozwalacie odczuwać sytość. To są antagonizmy jak chłód i ciepło, jak mokre i suche, jak duże i małe. Jedno warunkuje drugie.
Jedzenie może być przyjemne tylko wtedy jeśli wynika z potrzeby. Nie ma obawy, dziecko się nie zagłodzi. Nie jest porzuconym podrzutkiem na pustyni. Jest pod Waszą opieką, w domu gdzie jedzenia nie brakuje. Wyluzujcie, nie walczcie, nie zastawiajcie sideł. Pozwólcie normalnie żyć, zgodnie z ludzkim rytmem, niech mózg ma szansę odebrać od żołądka jasny sygnał - teraz chcę jeść! Howgh! ;)

sobota, 7 września 2019

Dzień dobry. 
     Długo żyję więc i czasu na dojrzewanie miałam sporo. Mam nadzieję, że sporo go mam także przed sobą. 
Dojrzewam w życiu do wielu rzeczy, ostatnio jakby bardziej intensywnie i widocznie nadszedł czas dojrzałości do zmian. Otwieram teatr. Dla dzieci, przede wszystkim dla dzieci. Piszę książki. Dla dorosłych i dla dzieci. Teraz piszę bloga. Pierwszy raz w życiu. Lubię robić rzeczy pierwszy raz. Ekscytacja i radość, strach i niepewność, satysfakcja i zażenowanie. Wszystko może się zdarzyć bo wszystko się w życiu zwyczajnie zdarza. Podskakujesz to i kolana masz poobijane ale sięgniesz po więcej. "Gdyby kózka nie skakała to by nudne życie miała" jak pisał klasyk Tuwim Julian. 
"Chcę od chciałabym różni się tym, czym różni się mam od miałabym". Podobno. Tak mawiał znajomy couch, dawniej trener. Jeszcze dawniej mentor albo babcia Józia, co w niektórych przypadkach na jedno wychodziło. 
     Zawsze lubiłam rozmawiać i lubiłam pisać. Blog pozwala mi połączyć te działania. Fajnie (podobno nieeleganckie słowo), jest robić to co się lubi. Przez większość życia miałam to szczęście, żeby robić to co lubię. Być może jest to zasługa mojej Mamy, która uznawała moje prawo do nielubienia elastycznych rajstop (to się nie zmieniło), jakichkolwiek sukienek (to ewoluowało nieco), flaków, podrobów (pełny constans), oraz do włosów ostrzyżonych na chłopaka. Kupiła mi także trampki zamiast lakierowanych sandałków oraz zestaw "mały majsterkowicz" bez zbędnych komentarzy. 
   Chcę, żebyśmy mogli porozmawiać o dzieciach, o ich rozwoju i problemach, o radościach i smutkach. Dużo już wiem, blisko czterdzieści lat zgłębiam temat ale wiem też, że nigdy nie będzie to temat zamknięty, skończony. Dziecko jest elementem świata. Jak ja, ty, babcia Zosia, kot Mruczek, wiewiórka Basia i wróbelek, który podobno wyprowadził się z miasta, bo nie ma gdzie mieszkać. 
Świat się zmienia, my się zmieniamy. 
Inaczej postrzegamy te same rzeczy, stosujemy inne metody wychowawcze, już nie tylko inne niż nasze mamy i babcie, ale inne niż sami stosowaliśmy jeszcze w zeszłym roku, tygodniu, wczoraj. Próbujemy, uczymy się, sprawdzamy. Radośnie i energicznie wskakujemy na podium dla zwycięzców i z trudem zbieramy z podłogi nasze ego. Dźwigamy plecak, bo każdy ma jakiś plecak, wypełniony złotym piaskiem, kamyczkami kolorowymi jak szkiełka w kalejdoskopie i głazami, które są ciężkie. Czasem zbyt ciężkie. 

    Chcę, żeby w plecakach dzieciaków, dla których mój teatr będzie grał przybywało kolorowych szkiełek, diamencików, perełek i złotego piasku, bo z takich skarbów można wyczarować wspaniały, radosny świat. I niech wesoło podskakuje na długim sznureczku niebieski balonik przywiązany do tych plecaków i plecaczków. Niech będzie piękniej, radośniej i lżej. 

     
     Chcę żebyśmy mogli się tu spotkać jak przy kawiarnianym stoliku, jak w pokoiku na poddaszu wynajętym od sympatycznej staruszki albo jak przy ognisku nad jeziorem. Możemy zajrzeć do sali, w której mądry profesor opowiada o rozwoju dziecka w fazie "buntu dwulatka", żeby z nim polemizować, od niego się uczyć, sprawdzać. Chcę, żebyśmy się czasem wybrali na spektakl do przedszkola albo do Teatru Narodowego. Możemy też iść na koncert albo do kina. Możemy iść wszędzie tam gdzie nas niepokój duszy zaprowadzi. Razem. Na tym blogu i w życiu. Możemy iść trzymając się za ręce i rączki albo luzem. Ścieżką albo obok ścieżki. 

Chcę żebyśmy...  dużo chcę. Wszystko przede mną. Przed nami. Bez Was blog jest tylko zwykłym notatnikiem. Notatnik już mam. Startujemy zatem - życzę sobie i Wam Wszystkiego Najlepszego bo najlepsze zawsze się przydaje.